Często bywam w szpitalach i przychodniach, a także słyszę opowieści od lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych o pacjentach, którzy nie chcą przyznać się do powagi i przyczyn swoich dolegliwości. Dla personelu medycznego niezwykle frustrujące jest, gdy pacjenci ignorują zalecane leczenie. W obliczu trudnych zachowań pacjentów, pracownicy służby zdrowia mogą stać się obojętni i krytyczni. Cieszę się, że miałem okazję wspierać personel medyczny w zachowaniu ich powołania do świadczenia najlepszej możliwej opieki, nawet po trudnych doświadczeniach z pacjentami. Poniżej przedstawiam historię pewnej Pani, która rzuca nowe światło na personel medyczny i nas, pacjentów.
Przez lata spotkałam wielu pacjentów, ale pewna historia wciąż tkwi w mojej pamięci.
Ta pacjentka nie miała krytycznego stanu zdrowia, ale zmagała się z przewlekłą chorobą, której nie akceptowała. Szydziła z każdego, kto próbował jej to uświadomić. Nawet lekarze specjaliści i chirurdzy zdawali się unikać tego tematu.
Moje pierwsze spotkanie z tą pacjentką, nazwijmy ją panią W, miało miejsce w moim pierwszym tygodniu pracy jako nowej pielęgniarki na oddziale ratunkowym.
Krótki opis organizacji oddziału pomoże zrozumieć tę historię.
Jedna część oddziału to główny obszar przyjęć i kilka sal ratunkowych. Druga część to obszar segregacji pacjentów. Jako pielęgniarka pracowałam albo w obszarze przyjęć, albo w segregacji. W tej drugiej części zajmowałam się również wszystkimi zmianami opatrunków i zastrzykami dla stabilnych pacjentów po ich konsultacji w licznych gabinetach lekarskich. Zazwyczaj w obszarze segregacji pracowały dwie pielęgniarki, podczas gdy reszta z nas (około pięć osób) znajdowała się w obszarze przyjęć. Ze względu na nieprzewidywalny rozkład pracy, wspieraliśmy się nawzajem, pomagając tam, gdzie akurat było więcej do zrobienia. Jedna z nas zaczynała dyżur o 7:30 rano, przejmując obowiązki od dwóch pielęgniarek z nocnej zmiany. Reszta z nas przychodziła o 9:00. Pielęgniarka, która zaczynała wcześniej, kończyła o 16:30, a pozostałe o 18:00, rozpoczynając w ten sposób zmianę nocną.
Wracając do dnia, w którym po raz pierwszy spotkałam panią W. Zostałam przydzielona do pracy w obszarze przyjęć. Jedna z moich koleżanek z obszaru segregacji, która miała zakończyć pracę o 16:30, wpadła do nas i zauważyła, że jesteśmy dość zajęte. Zapytała, czy może przekazać mi opiekę nad jednym z pacjentów, na co się zgodziłam.
Opowiedziała mi o pacjentce B, która przyszła na zmianę opatrunku na przewlekłe rany na obu nogach. Miała zamiar zająć się nią jako ostatnią przed zakończeniem zmiany. Jednak gdy zdjęła już większość opatrunku, pacjentka nagle oświadczyła, że nie może czekać ani chwili dłużej. Koniecznie musiała zobaczyć się z chirurgiem na sali operacyjnej. Moja koleżanka próbowała ją uspokoić, przynajmniej do czasu zakończenia opatrywania ran, ale ona nie chciała słuchać.
„Czy mogę zadzwonić na salę operacyjną i poinformować chirurga, że chcesz się Pani z nim zobaczyć?” – próbowała koleżanka.
Ale pacjentka nie chciała o tym słyszeć. W rzeczywistości już stała na nogach, próbując zakryć rany spodniami. Zanim koleżanka zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć, pani W była już przy drzwiach. Wyszła, mówiąc, że wróci za mniej niż 5 minut. Nie przejmowała się ryzykiem zakażenia ani tym, że jej widok może obrzydzać przechodniów.
Moja koleżanka, cierpliwa osoba, poczekała kilka minut, starając się zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Po około 10 minutach oczekiwania uznała, że lepiej będzie, jeśli przekaże mi opiekę nad pacjentką i pójdzie do domu. Tak więc przekazała mi raport i wyszła.
Byłam zajęta opieką nad innym pacjentem na oddziale ratunkowym, gdy pani W wróciła. Byli też inni pracownicy medyczni – pielęgniarki i lekarze. Stanęła przy drzwiach, wyciągając ręce do framug. Była dość dużą kobietą i całkowicie zasłaniała wejście. Rzucała też niezbyt miłe słowa. Zdziwiłam się, podobnie jak moi koledzy i niektórzy pacjenci. Szczerze mówiąc, wyglądała tak, jakby zaraz miała kogoś pobić. Widok był dość przerażający.
Jedna z koleżanek próbowała ją uspokoić i dowiedzieć się, co jest problemem.
Pacjentka szukała „młodej kobiety”, która zajmowała się jej ranami. „Jak śmiała zostawić ją z otwartą raną?” – wtedy dotarło do mnie, że to musi być pani W. Ktoś musiał jej powiedzieć, że moja koleżanka wyszła i pacjentka wpadła w szał.
„Gdybym tylko mogła ją złapać!” – powtarzała w kółko. A ja bałam się, bałam się jej powiedzieć, że przejęłam jej opiekę. Obawiałam się jej reakcji.
Mogłaby powiedzieć: „Och, więc to ty dałaś jej pozwolenie na wyjście”.
Nie miałam nawet dwóch lat doświadczenia (licząc staż) i już doświadczyłam przemocy w miejscu pracy. Silny policzek sprawił, że zobaczyłam gwiazdy. To był mężczyzna, silny, z dużymi szorstkimi dłońmi. A ja byłam całkowicie zaskoczona, kiedy pacjent psychiatryczny mnie zaatakował. Miałam szczęście, że przetrwałam ten atak, moje emocje były kompletnym chaosem. Bycie w drugim miesiącu ciąży wcale nie ułatwiało sytuacji. Dano mi wolne na jeden dzień plus moje dwa oficjalne dni wolne, więc miałam trochę czasu, żeby dojść do siebie. Jednak psychiczna blizna pozostała, nie jestem pewna, czy kiedykolwiek zniknie.
Więc kiedy pani W pojawiła się w takim stanie, wiedziałam, że lepiej nie angażować się bezpośrednio. Inna koleżanka przejęła sytuację, przeprosiła za zaistniałe zamieszanie i wyszła, by się nią zająć. Dopiero po ich wyjściu poinformowałam koleżanki o całej sytuacji. Nikt się nie obraził, większość z nich zgodziła się, że postąpiłyby podobnie. Nie widziałam tej pacjentki ponownie, po zaopatrzeniu ran wyszła.
Kilka dni później miałam okazję znów się nią zająć. Rany miała od wielu lat, musiała przychodzić na opatrunki w nieregularnych odstępach czasu. Dlatego jej twarz była dobrze znana w placówce, rozpoznawała każdą nową twarz.
Tym razem wydawała się przyjazna, przynajmniej dla mnie. Podczas zmiany opatrunków, czyszczenia ran i ponownego ich zakładania starałam się dowiedzieć więcej o jej chorobie. Jak to się zaczęło? Czy przyjmuje jakieś inne leki? Powiedziała, że kilka lat temu została uderzona krzesłem, kilka miesięcy temu przeszła przeszczep skóry, co pomogło tylko na chwilę, ale teraz rany znowu się powiększały. Była optymistycznie nastawiona, że niedługo się zagoją. Jednak kiedy wspomniała, że nie bierze żadnych leków, byłam zaskoczona. Rany wyglądały na typowe dla cukrzycy.
„Robiłaś badanie poziomu cukru we krwi?” – zapytałam, kontynuując pracę.
Tak, robiła to wielokrotnie. Za każdym razem wyniki były w normie.
Współczułam jej sytuacji. Nie mogłam sobie wyobrazić, przez jakie bóle i cierpienia musiała przejść. I tak oto jakoś związałam się z tą pacjentką. Kiedy skończyłam, podziękowała mi, mówiąc, że wykonałam świetną pracę z minimalnym bólem. Było mi miło.
Od tego czasu starała się, abym to ja zajmowała się jej opatrunkami. Starałam się spełniać jej prośby, kiedy tylko mogłam. Ale czasami byłam zbyt zajęta na oddziale ratunkowym i musieli się nią zająć inni. Moje koleżanki nazywały ją „żołnierzem”, sama mówiła, że to był jej zawód. Nie byłam pewna, czy w przeszłości, czy może jeszcze obecnie; wydawała się niechętna dzielić się zbyt wieloma szczegółami, a ja nie chciałam dopytywać.
Jako nowa pielęgniarka byłam na razie tylko na dyżurach dziennych, przynajmniej przez pierwsze dwa miesiące. Czasami nie widziałam jej przez kilka dni, a potem nagle pojawiała się. Zawsze mówiła, że opatrywała rany zgodnie z zaleceniami, choć czasami zauważałam, że rany są niezwykle brudne. Zaczęłam się nawet martwić, że nieregularne opatrunki to za mało. Ale ona nalegała, że na tyle pozwala jej sytuacja finansowa i że lekarz był w pełni zadowolony z obecnego przebiegu leczenia (co było nieprawdą).
Dni mijały i zaczęłam dostrzegać pewne dziwne zachowania w jej postępowaniu. Szczególnie kiedy nie mogłam się nią zająć, będąc zajęta innymi pacjentami. Pojawiała się też około 18:00–18:20, akurat kiedy przekazywałyśmy raporty zmiany personelowi nocnemu i nalegała, aby zaopatrzyć jej rany.
Czy wspomniałam, że rany były duże? Tak, więc zajmowało to nie mniej niż 40 minut. Pierwszego dnia, kiedy się nią zajęłam po przekazaniu raportu, wyszłam ze szpitala, gdy było już ciemno i musiałam przesiadać się z autobusu na autobus, aby dostać się do domu.
Próbowałam jej wytłumaczyć, jak ważne jest przychodzenie w ciągu dnia, zgodnie z jej umówionymi wizytami. Wtedy łatwiej jest uzyskać takie usługi. Dyżury nocne przeznaczone są dla prawdziwych przypadków nagłych. Personelu jest mniej i większość z nich jest bardzo zajęta.
Myślałam, że sięvposłucha i postąpi zgodnie, zwłaszcza że – jak się dowiedziałam – jest przedsiębiorcą, prowadzącą sklep na pobliskim rynku. Ale nie.
Dwa dni później zjawiła się ponownie – o tej samej porze, ale z innym nastawieniem. Żądała, abym zajęła się jej ranami. Powiedziałam, że nie mogę i musimy się wzajemnie zrozumieć. Wtedy mi powiedziała, że nie może zamknąć swojego biznesu na godzinę (nawet w porze lunchu), uzyskać odpowiednią pomoc medyczną i wrócić do pracy.
Widzisz, prawie wszyscy moi koledzy znali pacjentkę W, ale nie w pozytywnym świetle.
Była znana z tego, że jest bardzo kontrolująca i nie potrafi słuchać czy przyjąć czyjejś rady. Dlatego lekarze i pielęgniarki starali się jej unikać. Jestem pewna, że widziałam, jak jeden z najlepszych lekarzy, który wykonał jej przeszczep, przyspieszał kroku i skręcał w kąt, gdy wołałam jej imię. Pomimo że to on przeprowadził jej operację, nie słuchała jego rad medycznych, co skończyło się komplikacjami. Myślę, że miał dość.
Wkrótce po rozpoczęciu moich dyżurów nocnych, pojawia się około 19:00. Najgorszy możliwy moment. Opiekowałam się wtedy ciężkimi przypadkami. To jedna z tych szalonych nocy, kiedy chciałabym mieć cztery ręce, ale to tylko życzenie. Muszę skupić się na tym jednym pacjencie, aż zostanie przetransportowany na intensywną terapię.
Moja koleżanka pielęgniarka jest zajęta resztą pacjentów, ale ledwo radzi sobie z ich liczbą. Widziałam pacjentkę W, ale szczerze mówiąc, miałam ważniejsze rzeczy na głowie. Więc kontynuowałam swoje obowiązki.
To właśnie wtedy pacjentka W dostrzegła odpowiedni moment, by podejść bliżej i poklepać mnie po ramieniu, prosząc o obsługę.
Byłam wściekła, ale musiałam zachować spokój i wykorzystać moją „umiejętność pracy pod presją”. Spokojnie jej powiedziałam, że w tej chwili nie może dostać tego, czego chce. Jak sama widzi, miejsce jest niezwykle zatłoczone i zajęłoby kilka godzin, zanim udałoby się uporać z tłumem. Do diabła, może nie uda nam się ich obsłużyć do rana, ponieważ przybywa coraz więcej pacjentów. Więc zasugerowałam, żeby przyszła następnego dnia, w godzinach porannych.
Wściekła się. Przeklinanie było jej specjalnością. Więc zaczęła i kontynuowała. Naprawdę nie miałam czasu, by zwracać na to uwagę.
Wyszła. Nadal mamrocząc, jestem pewna, że to były przekleństwa.
Myślałam, że odeszła, dopóki nie szłam w kierunku apteki i nie usłyszałam jej głosu.
Siedziała na zewnątrz i „edukowała” krewnych innych pacjentów na temat pielęgniarstwa i pielęgniarek w ogóle. Że to najmniej wykształcona grupa zawodowa. Że zachowują się, jakby były jakimiś bóstwami. Bla bla bla
O sobie mówiła: Że jest żołnierzem, a jej córka to bardzo troskliwa lekarka pracująca w dużym szpitalu w mieście (pierwsze było kłamstwem; drugie prawdopodobnie marzeniem ściętej głowy).
Zostawiła mi też wiadomość u portiera przed odejściem: Że jestem głupią chwalipiętą i życzy mi, abym znalazła się w podobnej sytuacji jak ona.
Nie przywiązywałam do tego większej wagi, to było w jej stylu. Miała życzenia dla wszystkich, kiedy nie mogła dopiąć swojego.
Kolejnym razem, kiedy ją widziałam, weszła do SOR i złapała jednego z lekarzy, domagając się, by przepisał jej jakieś tabletki. Odpowiedział, że nie może, dopóki nie zostaną przeprowadzone pewne badania i nie będzie pewien, z czym ma do czynienia.
Zgadnijcie, o jakie badanie chodzi? O HBA1c (badaniem polegającym na pomiarze stężenia hemoglobiny i jest wykorzystywane przede wszystkim w monitorowaniu cukrzycy) Tak, dokładnie. Została skierowana na test, którego odmawiała wykonania przez miesiące. Test, który określa, czy jest diabetykiem. Według lekarza, pacjentka W przez wiele miesięcy upierała się, że nie jest diabetyczką, mimo wszystkich sygnałów wskazujących na coś przeciwnego. A jednak przychodziła do lekarzy, domagając się recepty na leki przeciwcukrzycowe, gdy jej objawy się pogarszały.
Jak już mówiłam, denerwowała wszystkich.
Ostatecznie zgodziła się na wykonanie testu HBA1c, a wynik wyniósł 6,8%. To oznacza cukrzycę – ręce mi opadły…
Została poinformowana o konieczności przyjmowania odpowiednich leków. Odmówiła. Miała konkretny lek na oku (prawdopodobnie zdobywała go skądś indziej, a tym razem nie mogła bez recepty). Lekarz stanął na nogach i powiedział jej, że nie pracuje w ten sposób.
Ostatecznie wyszła.
Następnym razem, kiedy ją spotkałam, byłam na SOR-ze. Stała przy drzwiach i żartobliwie opowiadała. Po wyjściu ze szpitala bez recepty poszła prosto do pobliskiej kawiarni, wypiła filiżankę napoju i zjadła kawałek ciasta, po czym poszła spać, tylko po to, by obudzić się odświeżona. Śmiała się głośno i zdawała się nie przejmować niczym.
Tym razem nie miałam jej nic do powiedzenia. Tylko się uśmiechnęłam, zachichotałam i udawałam, że cieszę się z jej opowieści.
Nadal przychodziła na opatrunki. Nadal zachowywała swoją postawę.
To było moje dawne miejsce pracy. Mam nadzieję, że zmieniła zdanie i zgodziła się przyjąć pomoc, zanim było za późno. Bo widziałam pacjentów, którzy czekali zbyt długo. Zbyt późno na wyleczenie, a wszystko, co mogli zrobić, to leżeć w łóżku, podczas gdy walczyliśmy i poświęcaliśmy wszystkie zasoby, aby uratować ich życie. I nie można się poddać, bo chce się, aby zobaczyli jeszcze jeden dzień. Są czyjąś ukochaną osobą.
A to są najtrudniejsze typy pacjentów.
Obecnie widzę ich wszędzie. Są na ulicach, nie dbając o siebie. Nie stosują środków ostrożności. Ale kiedy przychodzą, nadal robimy, co w naszej mocy, nawet ryzykując własnym życiem (jak to było w covidzie), aby ich uratować. Być przy nich do samego końca.
Naszym jedynym życzeniem jest, aby zrozumieli, że też jesteśmy ludźmi. I robili wszystko, co w ich mocy, aby zachować bezpieczeństwo.
Ale nie poddamy się.
Jak oceniasz ten artykuł?
Kliknij w gwiazdki, aby ocenić
Ocena czytelników:
Jak dotąd brak głosów! Bądź pierwszym, który oceni ten post.
We are sorry that this post was not useful for you!
Let us improve this post!
Tell us how we can improve this post?

















